RYBNIK

Ze Śląska za ocean

Z Wodzisławia Śląskiego i okolic Strzelec Opolskich na oba kontynenty amerykańskie. Tak emigrowali Ślązacy w połowie XIX wieku. To, że dziś możemy mówić o Ślązakach z Chile albo z Teksasu wciąż jest mało znanym faktem z historii Górnego Śląska.

Początek historii Ślązaków za oceanem sięga 1854 roku, kiedy ludność z okolic Strzelec Opolskich wyruszyła w podróż, której finał miał miejsce w Teksasie. Dwa lata później, w 1856 roku, kilka rodzin z Wodzisława Śląskiego wyruszyło z kolei do Ameryki Południowej i osiadło w Chile. Podróż, którą odbyli mogła trwać nawet trzy miesiące. Taka decyzja była decyzją na całe życie – postawieniem wszystkiego na jedną kartę. Zatem wydaje się, że i motywacja do tak drastycznych kroków musiała być bardzo silna. Okazuje się jednak, że w przypadku wodzisławian wcale tak nie było – właśnie rozpoczynał się intensywny rozwój gospodarczy, a wizja tak dalekiej podróży mogła dodatkowo zniechęcać. Ostatecznie zdecydowali się odpowiedzieć na kampanię prowadzoną przez chilijskie władze, dotyczącą ściągania do kraju emigrantów z Niemiec, ze względu na ich pracowitość i odpowiedzialność. Zgoła inaczej prezentowała się sytuacja w przypadku osadników wyruszających do Stanów z Opolszczyzny:

Pierwsi emigranci wyjechali do Teksasu w 1854 roku – przez Opole, Wrocław, Berlin, Bremę i potem statkiem do Zatoki Meksykańskiej. – opowiada ks. Henryk Wollny, były nauczyciel ks. Franciszka Kurzaja, obecnego proboszcza w Floresville w Teksasie oraz założyciela Fundacji im. ks. Leopolda Moczygemby. Namówił ich ojciec Leopold Moczygemba, który pochodził z Płużnicy. On tam był już wcześniej. Tutaj była ogromna bieda, a tam pola było pod dostatkiem i jakieś 150 rodzin zdecydowało się wtedy tam wyemigrować. Najwięcej z rejonu od Płużnicy, przez Strzelce Opolskie, aż po Olesno. – tłumaczy dalej ks. Wollny.

Z śląskimi osadnikami w Teksasie, bo też tak mówimy o XIX-wiecznych emigrantach, wiąże się przede wszystkim miejscowość Panna Maria – to tutaj, zgodnie z zapisami w kronice, mieli w wigilię Bożego Narodzenia zakończyć swoją kilkudziesięciodniową podróż, a ks. Moczygemba miał odprawić mszę świętą.

O życiu kolejnych pokoleń Ślązaków w Ameryce opowiada ks. Henryk Wollny, który w 2001 roku – z okazji jubileuszu 25-lecia święceń kapłańskich – wraz z grupą byłych uczniów i przyjaciół odwiedził ks. Franciszka Kurzaja.

Wtopili się w środowisku lokalne. Mają oczywiście swoje związki i organizacje, ale zostali włączeni w tryb życia amerykańskiego – pokończyli szkoły, posługują się językiem angielskim, większość z nich raczej pozostała w Teksasie, choć zdarza się, że młodzi wyjeżdżają. Z najstarszymi mieszkańcami można się jeszcze po śląsku dogadać, z młodszymi już gorzej – znają pojedyncze słowa, ale mówią już raczej tylko po angielsku.

Pomimo tego pamięć jest ciągle żywa i rok rocznie ks. Kurzaj, dopóki pozwalało mu zdrowie, organizował wyjazdy do Polski, do ważnych miejsc dla Ślązaków i oczywiście do miejsc związanych z życiem przodków.

Jak przyjeżdżali tutaj do miejscowości, z których pochodzili ich przodkowie, w pierwszej kolejności szli do kościoła i na cmentarz. Jak znajdowali nazwiska swoich przodków na nagrobkach, a później jeszcze zapisy w księgach metrykalnych, to płakali. – wspomina ks. Wollny i dodaje – To było zawsze wielkie przeżycie dla nich.

Również podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku, do Sławięcic, czyli rodzinnej parafii ks. Franciszka Kurzaja, przyjechała duża grupa młodzieży z Teksasu.

W Teksasie wielokrotnie był również ks. abp Alfons Nossol. Po raz pierwszy udał się w 1983 roku. To wtedy, widząc, że miejscowa ludność wciąż mówi po śląsku, obiecał, że przyśle księdza, który mówi tak jak oni – w ten sposób trafił tam ks. Franciszek Kurzaj.

Amerykańscy kowboje, bo tak napisał o nich o. Henryk Kałuża SVD w „Dziejach parafii Brożec i okolic”, przyjechali również w 1996 roku do rodzinnej parafii ks. abpa Alfonsa Nossola, czyli do Brożca właśnie, gdzie proboszczem był ks. Henryk Wollny. O. Kałuża w kronice opisuje:

Tak oto nagle linia kręgu się zamyka. Przed przeszło 150 laty ludzie ze Śląska wędrowali do Ameryki. Tam starali się zachować tożsamość, którą ocalili dzięki swojej religijności. Dziś ich potomkowie klękają przy chrzcielnicy pradziadów, by dziękować za skarb wiary oraz za wytrwałość w wierze, która tu, na Śląsku, ocala wszelkie wartości, wreszcie i nas samych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button